środa, 12 września 2012

Szedł Grześ przez wieś z workiem piasku i co z nim zrobił?


Siostra Renaty poznała swojego męża pod blokiem, przyjeżdżał do babci na wakacje. Potem jak byli kolejny rok razem, przeprowadził się do babci, ale zanim to się stało, wyjechał do szkoły marynarskiej. Pisywali do siebie listy, widywali się dwa, trzy razy w roku. Na jakiś czas zerwali nawet ze sobą. Baśka nie wie nic o tym co się działo z Grześkiem przez te lata na pomorzu. Mi czasem opowiadał przy piwku jak to było w szkole, potem w wojsku. Ona nie pytała o nic, właściwie to nie wiem co jest w jej głowie, bo  ona o nic nie pyta, niczego nie chce, nie planuje ani nie marzy, nie ocenia, nie poprawia i nie koryguje. Bierze co jej los przyniesie. Gdy Grzesiek się śmiał, ona też się śmiała mimo, że to co opowiadał świadczyło, że jest ignorantem i dupkiem i nie pokazałbym się z nim już tej restauracji. Cała rodzina miała nadzieję , że ten związek nie przetrwa. Ojciec alkoholik, rozbita rodzina, facet bez ukończonej szkoły, bez perspektyw. Grzesiek lubił wypić, nie lubił świąt i zawsze, nawet wtedy gdy pojawiły się  dzieci, „musiał” rok w rok iść do pracy, by uniknąć wigilii. Mieszkali u rodziców 5 długich lat i nigdy nie siedział z nimi przy wigilijnym stole.
Grzesiu szkoły nie skończył, bo postawił się jednej nauczycielce na dwa miesiące przed maturą i zrobił jej na złość i przestał chodzić do szkoły, zapisał się za to do wojska, żeby nie wracać z pomorza do domu, bo wszystko wyszłoby na jaw. Na dwa lata zniknął, nie kontaktując się z nikim. Po latach podjął jeszcze naukę w szkole wieczorowej. Chodził do niej ze trzy lata nadrabiając zaległości z poprzednich szkół, zaliczył pierwszy i drugi rok nauki i znowu, tuż przed maturą polonistka mu zaszła za skórę i tym razem także nie podszedł do egzaminu dojrzałości. Wszystko się sprzysięgło przeciwko niemu, żaden człowiek na kuli ziemskiej nie musiał zginać karku, zaciskać zęby, żeby do czegoś dojść, tak jak on.
Teraz nie ma pracy bo nikt nie potrzebuje kogoś, kto nie chce być popychadłem, mimo braku matury. On chciałby być kierownikiem kilku osób i zarządzać postępem prac, albo najlepiej, by sam siedział przykładowo na stróżówce i palił papieroska nie schylając się zbytnio po nic. Świetna praca wymknęła się mu tuż spod nosa, mianowicie, bycie woźnym w szkole podstawowej, pech chciał, że ktoś go wygryzł. Niech to pech, ale jak tak, to nie idę do pracy!
Ostatnie 9 lat Grześ śpi lub siedzi na schodach. Nigdzie nie ma pracy, mimo, że powstało 5 hiper- i supermarketów wkoło, zresztą, żona dużo zarabia to może nie pracować. Ukrywa tylko przed nią buteleczki po wódce, a jak nie wypije, dzwoni i ściąga ją z pracy, bo się źle czuje. Ona przyjeżdża, dzwoni po karetkę, okazuje się, że to z braku alkoholu serce bije inaczej.
Zawsze Baśce pomagała rodzina, jak była na studiach, jak brała ślub, jak miała małe dzieci. Gdy krytykowali Grzesia, obrażała się i potrafiła nie odezwać się przez kilka miesięcy. Wyprowadziła się z domu po naciskach najbliższych, bo po pierwsze, od pięciu lat stał w stanie surowym jej dom, który budowali Baśki i Renaty rodzice, w domu od tych 5 lat nie zrobiono nic, a po drugie, nikt przy zdrowych zmysłach,  nie zniósłby dłużej, ich akceptacji dla sterty cieknących już z pod spodu, worków z pieluchami i resztą odpadów, składanych na wspólnym korytarzu, ogólnego smrodu z zasikanych przez dzieci i nie wypranych tapczanów i stylu życia. Tego nie dało się dłużej akceptować.
Minęło 6 czy 7 lat, Baśka nie puściła pary z ust, dopiero po pokazie szwagra na Renaty weselu i wyprowadzeniu go za fraki z imprezy, przycisnęli Baśkę, która w końcu pękła i przyznała, że mieli rację co do Grześka, że zawiodła się na nim, że od kilku lat mają kuratora, że przegrał duże pieniądze z odprawy, którą dostał jak wywalili go z pracy 6 lat temu, że jest alkoholikiem i grozi mu przymusowe leczenie, że planuje iść do sądu po alimenty i separację,  bo nie chce dłużej go utrzymywać.
Tyle trzeba przeżyć, żeby wypowiedzieć słowa: „Jeśli tyle  osób mówi ci, że to jest złe, to musi w tym coś być”. Obce osoby, kuratorki, musiały jej powiedzieć, że facet powinien pracować, że to co jest, jest nie normalne, że mąż za dużo pije i ma z tym już problem, że nie powinna go utrzymywać dłużej, że trzeba zażądać alimentów. Tyle czasu musiało upłynąć, żeby dotarło, żeby przestała być siłaczką, która niesie cały kierat i daje radę sama w imię ich … miłości?...zapatrzenia? … przyzwyczajenia?

poniedziałek, 3 września 2012

Dieta Hay'a, niełączenie węgli i białek.


Zwolennicy kotleta z kapustką i ziemniakami - nie czytajcie tego.
Nigdy w swoim życiu nie miałam ochoty na kotleta. Zawsze jadłam bo tak gotowano obiady. Jestem wolna! Oduczyłam się kupować w pracowniczej stołówce smażonych, odsmażanych i na koniec odgrzewanych w mikrofali kotletów, roladek, Burmistrzów, Giewontów, rumsztyków też!
Pani która prowadzi stołówkę jest nieszczęśliwa, gdy narzekamy, że od lat to samo w kółko, że nie ma sałatek, surówek itd. Nakazano zmienić coś lub rozwiązujemy umowę na prowadzenie stołówki. Do dwudaniowych obiadów dodany został kompot. I oto cała zmiana.

Lenistwo nie pozwalało mi przygotowywać sobie, rano lub popołudniu, obiadu w domu, więc gdy głód ścisnął żołądek, szłam na stołówkę i płaciłam za kolejny talerz, czasem starych ziemniaków, z mocno brązowym, przesmażonym mięsem w różnej postaci. Jedno mięso w pięciu kształtach, z pięcioma nazwami – ot całe menu! Z czasem pojawiły się także przesłodzone naleśniki z serem, z cukrem pudrem i sosem toffi na wierzchu i surówka z marchewki, która jest tak dosładzana, że nie czuć świeżości, ani aromatu samej marchewki, tylko przeraźliwy słód. No nieważne, Geslerka powiedziałaby „syf i malaria!”, ale funkcjonuje stołóweczka nadal.

Odzyskałam wolność od tych serwowanych obiadków dzięki zastosowanej przeze mnie diecie. Okazało się, że przygotowanie posiłku to przy dobrej organizacji 5 min. roboty. Gdy rano idę się myć, wrzucam na patelnię grillową kurczaka albo łososia z Biedrony, posypuję rozmarynem i tymiankiem i na małym ogniu zostawiam. Po wyjściu z łazienki, przewracam na drugą stronę i idę prasować. Prawie jak się już wyszykuję, łosoś jest gotowy. Pakuję do pojemniczka, do tego sałata, pomidor, wsypuję trochę ziół i dodaję kilka kropel oliwy. Rewelacja, kosztuje mnie to tyle samo, a smakuje o niebo lepiej. 
Niezłym pomysłem na deser jest nektarynka w kostkę + jabłko lub inny owoc i na to naturalny jogurt. Zarażam tym wszystkich. Jogurty owocowe się nie umywają, toną w cukrze!

Dieta nierozłączna, czyli jedzenie tylko tego, co nas naprawdę odżywia, bez zapychaczy czyli chleba, makaronu, ryżu, polega na tym, że jemy generalnie wszystko, ale nie wolno łączyć węglowodanów z białkami. Przez pierwsze dwa tygodnie mamy limit 1000 kcal, potem po prostu jemy więcej, nadal rozdzielając węgle od białek. 
Filozofia tejże diety opiera się na tym, że organizm dłużej trawi węglowodany niż białka i jeśli jemy to razem, zakłócamy jego działanie, robi się chaos nad którym trudniej zapanować. O wiele lepiej organizm strawi, gdy między posiłkiem białkowym ( mięso, ryby, owoce), a węglowodanowym ( chleb, makaron, ziemniaki, ryż, kasza), będzie 4 godz. przerwy. Zarówno węgle i białka można łączyć z neutrealnymi produktami tj. warzywa, twarożki, produkty mleczne, tłuszcze, surowe mięso i wędzone ryby. Wybierając ziemniaki, chleb lub ryż trzeba pomyśleć jak to zjeść, żeby nie jest z mięsem, wędliną czy rybą, a połączyć z warzywami.

Ja zabieram ze sobą do pracy serek wiejski + szynkę, lub ogórek, pomidor, lub łączę mozzarellę z pomidorem. Na obiad łosoś z Biedronki z sałatą, pomidorem i winogronami lub naleśnik bez tłuszczu z dżemem lub twarożkiem. Można też ugotować pierogi z kapustą i grzybami lub owocami, byle nie z mięsem.

Po dwóch czy trzech tygodniach schudłam najpierw 4kg,  potem nawet doszłam do 6 kg utraty wagi i nie mam ochoty ani na ziemniaki, ani na chleb, jem to raz w tygodniu, a kiedyś codziennie. Wszystko to nasze nawyki i przyzwyczajenia. Jestem ciągle najedzona mimo, że zjadłam to co kiedyś dodawałam do kanapki. Pierwszy raz nie czułam, że to dieta, jest normalnie, może więcej niż 1000 kcal się uzbiera, ale ja tak mogę jeść do końca życia no, + raz w miesiącu średnio ostry kebabik J

niedziela, 2 września 2012

środa, 29 sierpnia 2012

Zakotwiczanie się w życiu


Minął rok od ostatniego spotkania, gdy zadzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu zobaczyłam kto dzwoni, więc od razu mogłam powiedzieć: ”Cześć Aniu! Co słychać?!Dawno się nie odzywałaś!” Rozmawiałyśmy chyba godzinę, ale to i tak mało bo z Anką ustanowiłam swój rekord kilka lat temu na 5h! i  do dzisiaj nie jest pobity i chyba już nie będzie. Tylko Anka ma nieskończoną ilość tematów, spekulacji, analiz itd. Rekord był ustanowiony, gdy Anka się rozwodziła, a raczej troszkę wcześniej, gdy ratowała jeszcze swoje małżeństwo i snuła swój plan odzyskania męża. Teraz już jest w nowym związku. Podobno na dobre jej ten rozwód wyszedł, bo teraz dopiero jest szczęśliwa. No tak, ona nigdy nie przyznała się do żadnej porażki, mimo, że Marek był jej jedyną miłością jeszcze z czasów licealnych. Byli dla siebie po prostu stworzeni! wszystko przemawiało za tym, że oni mają być razem. Anka uknuła cały szereg tez, na potwierdzenie ich przeznaczenia sobie, które normalnie się nie zdarzają, bo to ona i Marek mieli zapisane w gwiazdach zjednoczenie ciał i dusz, w przeciwnym razie nie mieliby chrztów w tych samych poznańskich kościołach, ona nie dostałaby się do liceum po drugiej stronie miasta, a nawet imiona w swoich rodzinach mieli podobne, jak nie na pierwsze imię to na drugie ktoś tak samo się nazywał itd., itd.
Tematy związane z kryzysem w jej małżeństwie miałyśmy przerobione już wcześniej, teraz dowiedziałam się, że jej najmłodsza 16 letnia siostra związała się z facetem po trzydziestce, który mieszka w Holandii. Gabrysia poznała go w sieci, czasem on przylatuje, innym razem ona leci do niego. Jest w liceum i jak tylko ma jakąś przerwę świąteczną czy ferie, wsiada w samolot i wolne spędza z ukochanym. Jestem w szoku, Gabrysia? Ta! Gabrysia? Zawsze była cichą, grzeczną słodką Gabi bez makijażu, siedzącą w domu i odrabiającą lekcje, a teraz lata do jakiegoś gościa, który jest kilka lat starszy od nas?!
Dziewczyny wychowują się praktycznie same, bo ojciec zmarł kilka lat temu, matka podłamana zajmuje się domem, ale nie ma głowy do spraw dorastających córek, wycofała się z ich życia. Oprócz Anki i Gabrysi jest jeszcze rozkapryszona, ale mająca cierpliwego męża Wiola oraz samotna i lekko znerwicowana Beata. Dziewczyny poznały chłopaka Gabrysi i choć na początku z lekkim dystansem, to jednak dosyć szybko zaakceptowały ten związek i styl życia najmłodszej siostry. Nie wiem jak długo ten proces  akceptacji tego  związku trwał, nie wiem też jakie były ich ewentualne wątpliwości, gdy Gabi leciała pierwszy raz do Holandii, bo nie miałyśmy z Anką kontaktu przez kilka miesięcy, ale podejrzewam, że akceptacja przyszła szybko. Skoro Anka znała swojego męża 11 lat bo całe liceum, rok studiów i potem 4 lata małżeństwa, a mimo to się nie udało, to nic nie jest pewne!
Minęło kilka lat od dnia, w którym Anka zadzwoniła do mnie i opowiedziała mi o związku swojej siostry. Gabrysia w tym czasie skończyła już szkołę i zdała maturę, żyjąc trochę na walizkach , a dwa miesiące później wyszła za Tomka, po całorocznych przygotowaniach do ślubu. Mają dwuletniego synka i wciąż mieszkają w Holandii. Czy są szczęśliwi razem, nie wiem.
Tak wiele wychodzi poza ramy mojej wizji realizowania siebie w życiu. Czasem wracam myślami do momentu, gdy ja byłam w wieku takiej osoby. Czy pomyślałabym w klasie maturalnej o ślubie i małżeństwie? Nie. Czy myślałam  o dziecku? Myślałam, chciałam mieć dziecko już w liceum, ale planowałam sfinalizowanie tego planu po studiach. Najpierw wykształcenie, potem praca. Nie byłam ani ja, ani moi znajomi gotowi na założenie rodziny, przecież my dopiero skończyliśmy średnią szkołę! Słyszeliśmy owszem o trzech może czterech koleżankach z liceum, które chcąc lub nie planując, wyszły jednak za mąż i mają dzieci, ale to były jednostki. Nie wyobrażam sobie siebie jako 20 letniej mamy. Wiem jak bardzo się zmieniałam przez kolejne lata. Kiedyś podobali mi się faceci z długimi włosami w skórze, a z czasem wolałam wykształconych, krótko ostrzyżonych w t-shircie lub koszuli i jeansach. Kim byłabym teraz, gdybym12 lat temu poślubiła imprezowego Piotra, w którym byłam szaleńczo zakochaną 19 latką? Czy byłabym szczęśliwa wiążąc się z inżynierem o sztucznie permanentnym uśmiechu, mieszkającym z mamą i babcią, nie stroniącym od kolegów, co to potrzebują przynajmniej raz w tygodniu wypić wódkę, bez imprezy, tak po prostu w pokoju, pijąc jeden do drugiego? Widząc teraz rozpad rodziny mojej siostry wiem, że dobrze zrobiłam wybierając, odrzucając niektórych facetów, że widziałam zagrożenia w postaci chociażby skłonności do picia alkoholu, braku odpowiedzialności, niechęci do rodzinnych uroczystości i takie tam.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Odważna decyzja

Za 4 dni ślub ostatniej osoby z paczki, a potem ... nowe miejsce zamieszkania z dala od rodziny, nowa praca i nadgorliwa teściowa w tle, która za bardzo chce pomóc we wszystkim byle nie myśleć o swoim rozwodzie i sądowych przepychankach. Uh! to bardzo odważna decyzja Karoliny, wiąże się z młodszym o 8 lat facetem i wywraca całe swoje życie do góry nogami. Trzymam mocno kciuki, żeby im wyszło. Czy mnie byłoby na to stać? Wyjazd i zmiana pracy czy zagnieżdżanie się gdzieś na nowo nie jest problemem, ale wiem, że nie zdecydowałabym się na taki związek. Ja trzydzieści parę lat, on dwadzieścia parę?.... hmmm zbyt duże prawdopodobieństwo, że to się rozjedzie wszystko, nie weszłabym w to. On jeszcze miałby czas na ślub, zdecydowałby się bo mi latka by leciały...nie, nie , nie....nie tak.
Ja długo nie podejmowałam tej decyzji, bo nie tak, to jeszcze nie to, aż w końcu... hmm...chyba to jest to....tak to chce, żeby trwało....żeby trwało i trwało :) Za tydzień pierwsza rocznica, jestem szczęśliwa. To może się udać!


niedziela, 12 sierpnia 2012

Wychować, a nie tylko chować...

Tego roku postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i pokazać siostrzeńcom, że istnieje świat poza naszym miasteczkiem. Były to chyba ich pierwsze wakacje mimo, że chodzą już do szkoły. Pierwszy raz w jeziorze, pierwszy raz na plaży, pierwszy nocleg poza domem i nie u babci.
Wynajęty domek wydał im się "wypasiony", w ogrodzie zjeżdżalnie, huśtawki, trampolina, basen, bilard, piłkarzyki, rewelacja. Kąpielisko z ratownikiem, ciocia była kochana w pierwszy dzień, mogli się kąpać, ćwiczyć pływanie, oh!
Drugiego dnia, gdy pogoda nie była już tak pewna, okazało się, że oni nie umieją się bawić i korzystać z nieznanej przestrzeni, z plaży, z placu zabaw w ogrodzie. Siedzieli w domku i chcieli ciągle grać w planszówki, które owszem wzięliśmy, ale na wieczorne granie, a nie na całodzienne granie. Dzieciaki nie miały komputera, więc myślały, że w zamian za to, że one nie grają i nie ślęczą przy komputerze, my będziemy przeszczęśliwi z tego powodu i będziemy z nimi grać na plaży, w ogrodzie, w domku do późnej nocy. Dorośli są od zabawiania i wymyślania gier i zabaw?!
Trzy dni i miałam dość, bo dzieci nie odchodziły od nas na krok. "Nudzę się, co robimy?! Nie lubię się nudzić." i tak w kółko, gdy akurat nie pluskały się w jeziorze bo temperatura spadła do 23 stopni i za długo w wodzie nie dało się wytrzymać. Siostra nie ma inicjatywy i też woli leżeć przed telewizorem, jest ciągle zmęczona, nie ma sił i nic się jej nie chce i chłopcy przejęli ten tryb. Wolą leżeć i marudzić niż zająć się rozpalaniem z wujkiem grilla na skałach i uczestniczyć w pieczeniu obiadu w tak nietypowych warunkach jak plaża.
Tak wiele zależy od wychowania, a nikt nie mówi o tym, jak do tego się powinno zabrać, Co dziecko potrzebuje, co jest dobre dla dziecka, że konsekwencja jest ważna, że dzieckiem trzeba się zajmować, pokazywać świat, zabawy, a nie tylko przytulać, pogłaskać i dać jeść.
Chłopaków na co dzień zostawia się przed kompem, bo sami się tam zajmują sobą i można samemu posiedzieć spokojnie przed telewizorem. Chłopcy nie umieją rzucać kaczek na wodzie, nie są ciekawi co jest na końcu plaży za skałą, skąd prom właśnie przypływa. Nie budują z piasku kanałów bo po co. Są w wieku 10 lat jakby zmęczeni cały realnym życiem i nic im się nie chce, mimo, że nie ma wiele atrakcji w domu. Jest tylko ten przeklęty komputer i gry.
Większość ludzi pragnie mieć dziecko, ale nie zastanawiają się nad tym jak będzie je wychowywało. Jakie modele wychowana można przyjąć i jaki nam się najbardziej podoba. Liczymy na intuicję, że samo przyjdzie i jakoś nam to się uda, tak jak udaje się innym w koło.
Planuję właśnie dziecko, staramy się od kilku miesięcy, ale często zastanawiam się nad tym jakie podejście do dziecka byłoby dobre i nie tylko wtedy, gdy będzie małe, ale później, jak będzie dorastało, chodziło do szkoły, jak będzie nastolatkiem.Obserwuję rodziny znajomych, które mają dzieci w różnym wieku i jak mi się coś podoba lub nie podoba w ich technice wychowywania i zajmowania się dziećmi, staram się to zapamiętać, że tak bym chciała, a tak nigdy w życiu. Czasem zastanawiam się czy umiałabym tak do tego podejść.
Co myślicie o wychowywaniu dzieciaczków w różnym wieku? Co według was jest najważniejsze, żeby osiągnąć sukces rodzicielski, o czym trzeba nie zapomnieć wychowując dziecko, potem nastolatka? Chciałabym kiedyś, mieć fajny kontakt z dzieckiem. Mam takie marzenie / wyobrażenie: jechać do galerii, usiąść w kawiarence z takim już studiującym, dorastającym dzieckiem i rozmawiać i mieć fajny kontakt i żebyśmy się szanowali i byli z siebie dumni. To pewnie dlatego, że nie miałam matki w dorosłym życiu, a takie obrazki widywałam w na studiach, przechodząc przez kawiarenki w galeriach i brakowało mi czegoś takiego :)
A co jeśli nasze dziecko nie spełni naszych oczekiwań? jak zaakceptować to, że nasze wyobrażenia i oczekiwania były inne, przecież to będzie samodzielny człowiek, który dorośnie i będzie samo decydowało. Przecież na pewno mamy jakieś wyobrażenia jakie nasze dziecko powinno być gdy dorośnie, jakby to wyglądało. A co jeśli dziecko podejmie inne decyzje, całkowicie odmienne od naszych planów?

niedziela, 5 sierpnia 2012

Tartowe szaleństwo

Podobno tarta to proste ciasto, ale mimo tego, mi nigdy nie chce się paprać w mące i zagniatać, zagniatać, potem do lodówki na godzinę i piec i zobaczyć, że znowu nie wyrosło! Nie mam radości z pieczenia ani wielkiej pasji tworząc kulinarne wariacje smakowe, ale od czasu do czasu zjedzenie czegoś innego jest fascynujące, tak więc szukam w necie czegoś inspirującego, co odpowiada moim gustom i zapraszam mężusia do kuchni. Tak tak mężusia, naprawdę dobry jest w te klocki i super się uzupełniamy gotując razem.Uwielbiam jak w ten sposób razem spędzamy czas, a nie ja zawsze w kuchni, a on na necie.

Dziś mogę polecić tartę z brokułami, fetą, w przepisie jest z szynką ja dałam grillowaną pierś z kurczaka, marchewką i roztrzepanymi jajkami z mlekiem.To moja robota, mężuś gotował leczo na jutrzejszą wyprawę do Rożnowa, serwował desery i popołudniową kawę.

http://niezbytperfekcyjnapanidomu.blox.pl/resource/IMG_4267.JPG

http://niezbytperfekcyjnapanidomu.blox.pl/2012/04/Tarta-z-warzywami-na-kruchym-spodzie.html

Ten ostatni składnik następnym razem pominę bo ciasto przestaje być kruche gdy nasiąknie jajkiem :) Ponieważ tartę ucieram mikserem, a nie łapkami, skusiłam się na zrobienie jeszcze jednej dzisiaj, na słodko ze śliwkami, chociaż propozycja z truskawkami wygląda kusząco w poniższym przepisie i to ona na mnie zadziałała dzisiaj i chodzi za mną krok w krok ten widok i domniemany smak mrrr...



http://gotowanie.onet.pl/przepisy/tarta-z-truskawkami,116306.html


No popatrzcie na to zdjęcie, nie macie ochoty tego skosztować? :)

Śmigam do kuchni, na jutrzejszy wakacyjny wyjazd tarta będzie jak znalazł!